Przeszłość.

Tłumaczę sobie, że stare doświadczenia trzeba zastępować nowymi, że szczęście jest ulotną chwilą, że jeszcze nie zwariowałem, a wilgotne policzki to tylko oznaka odchodzącego szczęścia. Po cichu szepczę, że panuje we mnie straszna i surowa zima, że potrzebuję rozsądku serca i przyzwyczajenia do tego, że ważne są tylko te rzeczy, które nie przypominają Ciebie.

Uczenie się wszystkiego od nowa jest potworne. Potworne są oczy, które szukają w tłumie szczęścia, usta, które nie mogą przypomnieć sobie, czym jest uśmiech, i twarz, na której maluje się każdego dnia tylko jeden obraz.
Jak odnaleźć granicę, za którą to wszystko można by obrócić w żart? Granicę, za którą nie odpowiadam uśmiechem na Twój uśmiech, nie mam strasznej ochoty, aby powiedzieć „Trzymaj mnie, zawładnij mną”. Granicę, kiedy przestaję tęsknić za wspólnym życiem, za namiętnością, pragnieniem i słowem – na zawsze.

Żyjemy wspólnie, by mieć co wspominać w samotnym życiu. By w myślach wciąż powracały sceny, w których tęsknimy do własnych ciał, by opowiadać głośno o sprośnych dowcipach i o tym, jak drobniutkimi kropelkami wody pokrywało się ciało, gdy wychodziliśmy spod wspólnego prysznica.

Wszystko po to, by wciąż sięgać pamięcią do sytuacji, w której po raz pierwszy poszliśmy na kawę. To, jak potrafiłem śmiać się z własnej niezdarności, jak od początku nasza znajomość miała w sobie kokietliwy wdzięk, jak czułem niezmierne szczęście, że wreszcie Cię odnalazłem. Jak usiadłem obok, a Ty opierałaś się na łokciu, jak wszystko wokół było spokojne i harmonijne, jak tego spokoju brakowało mi przez całe życie.

Przeszłość to nasze wspólne plany i marzenia, to smak porażki połączony ze smakiem Twoich ust. To wino czekające na stole, a obok niego dwa kieliszki. To niezręczność i szczere pożądanie, któremu towarzyszy ironiczny uśmiech. Przeszłość to przekroczona granica, która kończy się na „my”.